Malopolanin: Zapomniałeś o Trybunie Ludu i Komsomolskajej Prawdzie.
Do tej pary pasuje tylko Gazeta Polska - polska tylko z nazwy.
Miłosz i biesy (2011 ROK MIŁOSZA)
Antyzachodnie fobie Dostojewskiego nie były wstydliwym balastem, ale właśnie paliwem jego pasji i dzieł – o książce Czesława Miłosza Rosja pisze prof. Jerzy Pomianowski
*******************************************************************
Profesor Jerzy Pomianowski ur. 13 stycznia 1921 r. (dwa dni temu skończył 90 lat).
Pisarz, krytyk teatralny, wieloletni współpracownik paryskiej Kultury, tłumacz m.in. Babla, Sołżenicyna i innych pisarzy rosyjskich. Redaktor naczelny wydawanego po rosyjsku pisma Nowaja Polsza.
*******************************************************************
Otwiera się tę książkę w mniemaniu, że jest plonem ubocznych zajęć znakomitego poety, zmuszonego na emigracji do wykładania literatury rosyjskiej tylko dlatego, że amatorów polonistyki było tam i wtedy jak na lekarstwo. Zamyka się tom z uczuciem zazdrości; jej przedmiotem są kalifornijscy słuchacze wykładów; treść i tezy kursu złożyły się na większość rozdziałów Rosji Czesława Miłosza.
Wykładowca chciał – i musiał – słuchaczy olśnić. Sam pisze jak się starał, „żeby zabłysnąć”; toż wykłady w Berkeley były pierwszym punktem zaczepienia w Stanach po wielokrotnych odmowach wizy, po głuchej samotności w podparyskim Brie, po pracowitej nagonce uprawianej zgodnie w Londynie i w Warszawie, a odpieranej tylko przez Kulturę Giedroycia.
Starania okazały się skuteczne. „Moje wykłady – powiada Miłosz – były wysoko notowane”. Nie każdemu to się udało. W krótkiej powieści Kazimierza Brandysa Pomysł polski visiting professor kaptuje sobie amerykańskich studentów prostym sposobem – kreując koło tuzina „sylwetek pisarzy polskich od XVI do XX wieku, których dzieła wymyślał przeważnie nocami. Cytaty improwizował w trakcie wykładu, zastrzegając się, że w języku angielskim nie sposób oddać urody oryginału”.
Miłosz nie musiał uciekać się do takich wybiegów. Rosyjska literatura wielbiona była ryczałtem w kraju skądinąd uważanym w ZSRR za wroga par excellence. Studenci naczytali się już Dostojewskiego i bezkrytycznych komentarzy do Biesów czy Braci Karamazow. Nowy wykładowca miał spore pole do rewelacji, przeznaczonych nie tylko dla słuchaczy i nie tylko rosyjskiego klasyka dotyczących. Dostojewski dał Miłoszowi pretekst – więcej, punkt Archimedesa – do podniesienia na mentalne wyżyny, ponad szablony i przesądy, obiegowych poglądów na temat Rosji. A mimochodem – także na temat Polski.
Sięgnął na wysoką półkę filozofii, od Swedenborga i Pascala po Nietzschego, nie dla popisu, ale dla wykazania, że przekonania Dostojewskiego nie brały się z przypadku ani stadnego odruchu. Wcale ich nie podziela, daje tylko przykład lojalności wobec – niech to będzie jasne – ideologa w istocie groźnego, ale godnego podziwu. „Prorok niewątpliwie – powiada Miłosz- ale i niebezpieczny nauczyciel”.
Bada lektury i studia pisarza, a także kontekst polityczny jego dzieł, aby objaśnić źródła i wektory ich fabuł. Najważniejsze: tym, co Miłosza w końcu obchodzi, jest FUNKCJA utworów Dostojewskiego wśród jego współczesnych i wśród nas. Książka wydana staraniem Zeszytów Literackich jest dlatego wydarzeniem wykraczającym poza ściernisko historyczno-literackie.
Zarazem uderza w niej klarowność stylu i zdolność do lotnych i trafnych orzeczeń („I co z potęgi, jeżeli zawsze jest potęgą centralnej władzy, a tymczasem w zaniedbanym, prowincjonalnym miasteczku niezmiennie powtarza się Rewizor Gogola?”). Jednocześnie przekonywa umiar w formułowaniu tych orzeczeń. Świetny wywiad, przeprowadzony z Miłoszem przez Sylwię Frołow, nosi tytuł Diagnoza nieostateczna. Tę książkę napisał niezrównany poeta i przenikliwy myśliciel, chociaż – za Szestowem – odmawiający czystemu rozumowi praw do monopolu na świętą rację.
Nie trzeba tracić słów na żale i polemiki z patriotycznymi potwarcami, którzy chcieli zagrodzić Czesławowi Miłoszowi drogę do krypty na Skałce. Wystarczy wiedzieć, że są to pospolici marnotrawcy skarbów narodowych.
**********************************************************************
Na Rosję składają się nie tylko Rozdziały z wykładami zbieżne. Już w tym pierwszym tomie trójdzielnego zbioru występują w osobnych rozdziałach Szestow i Rozanow, Władimir Sołowiow i Bieliński, Puszkin i de Custine, a także Zdziechowski i S.I. Witkiewicz. Ale wypowiedzi Miłosza, skupione dookoła postaci i dzieł Dostojewskiego, wydają się tu najbardziej wymowne i skłaniające polskiego czytelnika do namysłu.
Jest fenomenem już to, że pisarz – u którego co szuler i pozer; to Polaczek – właśnie w Polsce cieszy się największą z Rosjan poczytnością, również wśród pisarzy. Nową wielbicielkę Marka Hłaski poznawało się po tym, że z dnia na dzień zaczynała cytować Dostojewskiego. Ale nie tyle polski paradoks, ile POWSZECHNA w drugiej połowie XX wieku fascynacja autorem Idioty ciekawiła Miłosza.
Pierwszą nowiną, jaką zakomunikował swoim amerykańskim słuchaczom i czytelnikom, było odrzucenie szperania w życiorysie Dostojewskiego dla objaśnienia jego poglądów i niespodzianek fabuły w jego powieściach – a psychoanaliza wciąż była w modzie na uczelniach. Owszem, Miłosz wspomina mimochodem o kompleksie, jakiego mógł nabawić się pisarz, gdyby prawdą było, że miał gwałt na sumieniu, ale w Rosji znajdujemy inne, przekonywające i odkrywcze wyjaśnienia głównego motywu i zagadek jego twórczości.
********************************************************************** *** Pierwsza z tych zagadek jest przedmiotem najczęściej zadawanego pytania: jak to możliwe, że autor tak porywających powieści był jednocześnie i otwarcie wyznawcą tak ciasnych poglądów? Horror budzi głoszenie przez niego odrażających (jak chce Clare Cavanagh, autorka wstępu) haseł, wśród których obrona carskiego samodzierżawia jest na Zachodzie wręcz niezrozumiała, zaś gromienie katolicyzmu jako źródła racjonalizmu i – w konsekwencji – ateizmu ma cechy doktrynerskiej manii. Jawna ksenofobia w swojej sztandarowej postaci – antysemickiej – dopełnia reszty.
Dwoistość tej postaci zdaje się tłumaczyć opinię, jaką miał o niej Joseph Conrad-Korzeniowski: „That grimacing and haunting creature, who is under a curse” (chimeryczna i pokrętna figura, na której ciąży klątwa). Miłosz jej nie podziela i nie rozumie lekceważenia stylu Dostojewskiego przez Nabokova.
Egzegeci Dostojewskiego starali się sprawę bagatelizować, rozmydlić lub nicować, na ogół bez powodzenia. Najdalej te usiłowania zaszły w ZSSR: niektóre utwory (zwłaszcza Dziennik pisarza i Biesy) dostępne były tylko dla nabywców dzieł zbiorowych pisarza, a i to nie zawsze. Inne zabiegi sprowadzały się do teorii dwóch Dostojewskich – tego sprzed katorgi i tego po powrocie z Omska. Miłosz wykazuje chwiejność tej tezy.
Ale autor Rosji czyni więcej: znajduje odpowiedź na fatalne pytanie. Wykazuje, że była metoda w tym szaleństwie i był mocny motyw, który pchnął Dostojewskiego do poglądów tak skrajnych, a w wypadku jego awersji do Polaków – tak prymitywnych. Miłosz twierdzi po prostu, że „Dostojewski miał jeden tylko wielki romans w życiu, z Rosją, i że – po pierwszej podróży na Zachód – przepełnił go „strach przyszłości”: lęk o losy Rosji, gdyby zapanowały w niej bezbożne idee ŚWIATOPOGLĄDU NAUKOWEGO, które doprowadziły kapitalistyczny, głodny zysku Zachód do degeneracji, a jego plebs na dno nędzy; toż widział to w dickensowskim Londynie.
Inteligencję rosyjską, „ludzi wiednych”, uznał za winowajców jutrzejszej katastrofy, straż przednią Apokalipsy. Już ją zobaczył w Rosji – proces Nieczajewa był właśnie w toku. To podczas niego pisał Biesy, bo postanowił bić na alarm, aby uchronić od wszelkiej zmiany ustrój despotyczny Rosji i jego święte filary.
Jest logika w tym schemacie. Mniejsza, że kapitalizm okazał się zdolny do samonaprawy, zaś ustrój despotyczny – do autodestrukcji, nadto dwukrotnej. Aliaż pasji, szowinizmu i groźnych okoliczności to dość, aby usprawiedliwić fobie pisarza wsparte piórem o niezwykłej sile przebicia.
Miłoszowi starczyło tego także na wysnucie jednej z głównych tez tej książki: zespół odstręczających poglądów nie był wstydliwym balastem autora Zbrodni i kary, ale właśnie paliwem jego pasji i jego dzieł. Tak było zapewne za życia pisarza. Czym jednak wyjaśnić późniejszy kult Dostojewskiego? Toż nie pochwała samodzierżawia ani dyskredytacja liberałów – z wywrotowcami do kupy – mogła porwać młodych i starych.
Miłosz zaczyna rozdział Biesy opowieścią, jak to zaczepił go w kampusie student i wyznał, że „lektura Biesów zmieniła jego życie, ‘bo to tak, jakby Dostojewski opisywał dzisiejszą Amerykę’”. Gdy spotkał się znowu, student kolportował już ulotki komunistyczne.
W jaki sposób – pyta Miłosz – powieść, która była gwałtownym ostrzeżeniem przed rewolucją, może „przekonać kogoś do jej dobrodziejstw”? Udziela odpowiedzi ważnej i dla nas, i dla siebie samego – ofiary UKĄSZENIA HEGLOWSKIEGO, która w porę pojęła, że miód był jadem. Studenci dowiedzieli się z Biesów, że istnieją prawa rządzące historią, że przyszłość jest przesądzona i trzeba tylko przyspieszyć jej bieg, choćby batem. Że to się nie udało Wierchowieńskiemu i Szigalewom, to wina słowiańskiego niezgulstwa; my to zrobimy lepiej.
Sądzić wolno, że do takiego efektu lektury Dostojewskiego przyczynił się zdumiewająco sugestywny sposób prezentacji jego bohaterów. Budzą nie zgrozę, lecz podziw swą determinacją i zdolnością dopowiadania każdej swojej myśli do konsekwentnej skrajności. Więcej chwały im zapewnił Dostojewski niż Stanisław Brzozowski swoją obroną szlachetności i ofiarności zamachowców w Narodnej Woli – Perwoskiej, Nieczajewa, bohaterów Płomieni.
********************************************************************** ****
Ba, ale Biesy czytali nie tylko studenci, filologowie czy tropiciele źródeł zła w bożym projekcie. Miał Dostojewskiego pod ręką Lenin. Miał Łunaczewski („Biesy? To o nas” – powiedział, a był już komisarzem oświaty). Znał te księgi Stalin, stoją w jego kuncewskiej bibliotece. Znał je Pol Pot, absolwent Sorbony. Czytały je dziesiątki członków Brigate Rosse i Rote Armee Fraktion. W nikim z nich nie wzbudziły, o ile wiemy, żadnych powściągów ani zmiany planów. Jednocześnie gruntowała się sława Dostojewskiego jako proroka. Istotnie – mnożyły się naśladowcy Wierchowieńskiego i wszędzie, gdzie dochodzili do władzy, zaczynali realizację planu Szigalewa – głosić wolność dla wprowadzenia przymusu. Nie świadczy to na rzecz sławetnej konieczności historycznej, dowodzi jedynie, że nie tylko księgi, ale również ideologie maję swoje losy. Są to jednak losy przewrotne.
Wspomniani wyżej zwolennicy popędzania knutem lokomotywy dziejów zwalczali PRAWOMOCNOŚĆ WŁADZY. Władza od prawieków należała do posiadaczy tzw. środków materialnych i broni. Komu ten sten rzeczy nie odpowiadał, zaliczany bywał w naszych okolicach – umownie - do lewicy. Jej zwolennicy mieli pewne wspólne cechy: zwalczali wyzysk, samowolę sądów, cenzurę, a przede wszystkim – despotię władzy wykonawczej. Dopiero w wieku XX lewica przejęła (mniejsza o szczegóły) gdzieniegdzie broń i środki. Okazało się prędko, że prawie wszędzie używa ich do przywrócenia despotii, teraz własnej. Miłosz pisze: „Tam, w Rosji, grupa Nieczajewa (…) odrzucała prawomocność władzy monarszej i całego systemu, wspartego na sakralności. Tu, na Zachodzie, przyszła kolej na władzę powołaną w wyborach”.
Otóż w Europie Wschodniej i Środkowej, na terytorium Obozu, pojawiła się i przetrwała aż do rozpadu ZSSR z jego strefą wpływów pokaźna grupa ludzi negujących prawomocność władzy zależnej od sąsiada hegemona i uzurpującej sobie idee wiązane tradycyjnie z lewicą, lecz tylko pozorowane. W Polsce udało się wtedy doprowadzić do zjawiska bez precedensu: sojuszu czołówki robotniczej z inteligencją. Wynikiem była wolność od cudzych wojsk i dyrektyw, władze obieralne, swoboda myśli, słowa i przedsiębiorczości.
I oto jesteśmy świadkami fenomenu – groteskowego i groźnego zarazem – o którym Dostojewskiemu się nie śniło. Wyrosła wśród nas konfraternia wyrodków demokracji nieuznająca prawomocności legalnie wybranej władzy, gotowa działać wzorem bohaterów jego Biesów – ale wyznająca wszystkie z grubsza wstydliwe idee ich autora: autorytaryzm, wstręt do wykształciuchów, pogardę dla świeckich tradycji, kult kołtuna i nienawiść do takich umysłowych talentów jak Czesław Miłosz.
Kto czytał jego Rosję, wie, czego nam trzeba bronić.

|